Droga na szczyt cz.1

Sport

Dokładnie 17 maja o godzinie 10:15 Magdalena Gorzkowska stanęła na szycie Mount Everestu. Polka zrealizowała swój cel, a zarazem spełniła wielkie marzenie. Jak wyglądała droga na szczyt? Czy wejście na Dach Świata było najtrudniejszym momentem wyprawy?

REKLAMA

Minęło już trochę czasu od powrotu z twojej wyprawy na Mount Everest. Już powróciłaś do codzienności, czy głową jesteś jeszcze w górach?

Nie, jestem głową tu gdzie ciałem! Jest tyle rzeczy do zrobienia po wyprawie, że na pewno nie jestem myślami w górach.

Przejdźmy do samej wyprawy. Jej początek budził chyba w tobie mieszane uczucia? Pobytu w stolicy chyba nie będziesz najlepiej wspominała, było jeszcze najgroźniejsze na świecie lotnisko…

Pobyt w Katmandu nie przypadł mi do gustu. Około tygodnia musiałam czekać na resztę ekipy i wtedy musiałam sama się sobą zajmować. Miasto było strasznie zanieczyszczone, powietrze to był jeden wielki pył. Dodatkowo jestem osobą, która nie potrafi usiedzieć na miejscu, chciałam coś potrenować, ale ten pomysł mógłby mi tylko zaszkodzić. Potem faktycznie wyruszyliśmy na wyprawę, zaczęło się od wspomnianej Lukli. Lotnisko jest niebezpieczne, pas startowy ma około 400 metrów i zaczyna się przepaścią, a kończy ścianą skalną! Nie ukrywam, że wtedy trochę się bałam, zamknęłam oczy, bo nie chciałam oglądać momentu lądowania!

Jaka była postawa obcokrajowców wobec twojej osoby? Chodzi szczególnie o Katmandu, jako stolicę kraju.

Zachowanie było bardziej nieprzyjazne. Na ulicach był ogromny tłok i chaos. Ja zupełnie nie odnalazłam się w tym mieście.

Początek wyprawy – od przybycia do Lukli, aż do momentu dotarcia do Base Campu – który systematycznie relacjonowałaś wyglądał dosyć przyjemnie. To tylko pozorne wrażenie?

Tak było naprawdę. Przez 8 dni szliśmy do Base Campu. Zaczęliśmy od wysokości około 2500 m n.p.m., a skończyliśmy  na 5300 m n.p.m. Codziennie maszerowaliśmy około 6 godzin, było raczej przyjemnie. Sprzyjała nam pogoda i mogliśmy zobaczyć ładne widoki. Dopiero około 4000 m n.p.m. zaczęłam odczuwać wysokość. Po prostu ciężej się oddychało.

Po drodze odwiedziłaś kilka miejscowości – Namache Bazar, Deboche, Lobuche… To były już rejony bardziej przyjazne od stolicy?

Tam było już zupełnie inaczej. To małe wioski, które liczą maksymalnie kilkaset mieszkańców. W Deboche czy Lobuche, znajdowało się może maksymalnie 15 domów. Nie było już tam przede wszystkim chaosu i zanieczyszczonego powietrza.

Specyficzne jest życie w takiej wiosce? Jak wyglądało to okiem przyjezdnej? Na czym polega życie tamtejszych mieszkańców?

Osoby które tam mieszkają zajmują się głównie obsługą turystów. Wszyscy z nich mają coś na wzór naszych schronisk, w których przyjmują wyprawy. Dzieci z tych miejscowości nie uczęszczają raczej do szkół, tylko od małego uczone są pracy. Można powiedzieć, że ci ludzie żyją dosyć bezstresowo, ale jak widać  odpowiada im to. Urodzili się na wysokości, spędzają tam całe życie, jeżeli ktoś nie chce obsługiwać turystów na miejscu, to najczęściej zostaje szerpą tragarzem.

W końcu zameldowałaś się w Basce Campie, jak wyglądało twoje funkcjonowanie przed ostatecznym wyruszeniem na szczyt?

Pierwsze dwa dni były odpoczynkiem. Trzeba było przyzwyczaić się do wysokości. Już trzeciego dnia wyruszyliśmy na pierwszy trening, na Icefall. Musieliśmy obyć się ze sprzętem i nauczyć wspinać na linie, zjeżdżać… Tak, aby później nie było problemów.

Potem już nastąpiło ostateczne wyjście aklimatyzacyjne?

 Najpierw było pierwsze podejście do góry. Mieliśmy dojść do obozu pierwszego, przez Icefall, ale wyszliśmy trochę za późno. Przez to nie dotarliśmy na miejsce. Lider wyprawy zadecydował o tym, że schodzimy, bo już za mocno świeciło słońce.  W takich warunkach nie można chodzić po lodospadzie.

Icefall jest bardzo wymagającym etapem wyprawy?

Szczególnie pierwsze wejście było dla mnie bardzo wyczerpujące. Był to ogromny wysiłek wymagający mnóstwa energii. Trzeba się tam cały czas wspinać, podciągać, do tego dochodzi ciężki plecak. Podczas drugiego i ostatniego wyjścia aklimatyzacyjnego, doszliśmy najpierw do obozu pierwszego. Tam starałam się zregenerować, ale pojawiły się problemy z jedzeniem, które miałam generalnie przez większość wyprawy. Musiałam zmuszać się do tego, aby cokolwiek przełknąć i trwało to godzinami.  Następnego dnia wyruszyliśmy do obozu drugiego. Nie było to trudne podejście, praktycznie cały czas szło się po płaskim terenie. Jedynym wyjątkiem była pionowa ściana na początku tego odcinka, która też wymagała sporego wysiłku.

Kiedy szliście do obozu trzeciego zrobiło się niebezpiecznie i groziło ci nawet odmrożenie…

Tak, wtedy na trasie między drugim, a trzecim obozem nagle bardzo zmieniła się pogoda. Zaczęło bardzo wiać i pojawiła się śnieżyca oraz wichura. Nie byliśmy ubrani na taką temperaturę, nie wzięliśmy ze sobą kombinezonów i kurtek puchowych. Większość wypraw dotknął ten sam problem i wszyscy zawracali.  Po zejściu lider podjął decyzję, że nie będziemy powtarzali już wejścia aklimatyzacyjnego, ponieważ było ono wystarczające. W pełni mu ufałam, bo jest to osoba bardzo doświadczona, która ma na swoim koncie wiele wypraw.

Przejdźmy do głównego elementu wyprawy, czyli finalnego wyjścia i ataku na szczyt. Zamieniam się w słuch!

Czekaliśmy długo na pogodę, aby wyruszyć na atak szczytowy. Chciałam dosyć szybko wyjść, ale musieliśmy czekać około dwóch tygodni na dobre warunki. Dodatkowo był drobny problem z linami poręczowymi do szczytu. Szerpowie zwlekali z tym tematem, przez co wyprawy nie mogły wyruszyć w górę. W końcu 11 maja zapadła decyzja, że wychodzimy na atak szczytowy. Kiedy się obudziliśmy ok 3 w nocy szalała wichura. Niektórzy nie chcieli wychodzić w górę, ale ja byłam gotowa.  W końcu około 4:00 rozpoczęliśmy marsz. Szybko pokonałam lodospad, miałam tyle energii, że biegiem wyprzedzałam niektóre osoby! Minęłam obóz numer jeden i poszłam od razu do drugiego, do którego dotarłam sporo czasu przed resztą ekipy.  Następnego dnia mieliśmy odpoczynek, trochę pogorszyły się warunki. 13 maja wyruszyliśmy do obozu trzeciego. Końcówka tego odcinka nie była przyjemna, zrobiła się duża śnieżyca, zaczęły mi parować okulary, musiałam je zdjąć i dostawałam śniegiem  w twarz. Było mi wtedy strasznie zimno, straciłam wtedy czucie w rękach. W obozie jednak się ogrzałam. Zostaliśmy tam jeden dzień ze względu na wichurę. Następnie udaliśmy się do obozu czwartego. Było to około 10 godzin wspinaczki, nie była ona jakoś bardzo wymagająca, ale nie forsowałam tempa, żeby oszczędzać energię na atak szczytowy. Musieliśmy także używać butli tlenowych. Około 19:00 byliśmy na miejscu. Zadecydowałam, że tej samej nocy chcę wyruszyć na szczyt. Odpoczęłam dwie godziny i byłam gotowa do wyjścia, ale mój szerpa zaczął się dopiero zbierać, a co więcej cała reszta naszej wyprawy już wyruszyła. Wszystko zaczęło się przeciągać i dopiero około dwunastej w nocy był gotowy. Wyszłam z namiotu i w oddali zobaczyłam sznurek ludzi idących na szczyt. Nie wiedziałam jednak kompletnie gdzie jest droga, dodatkowo dowiedziałam się, że mój szerpa jest całkowicie niedoświadczoną osobą, nigdy nie był na Evereście! W umowie było jasno napisane, że mój szerpa to osoba, która co najmniej dwa razy zdobyła górę. Kiedy wyszedł w końcu z namiotu, powiedział mi, że ja mam prowadzić. Odparłam na to, że to on jest szerpą, więc ma mnie prowadzić. Stwierdził jednak, że sam nie wie którędy ma iść.

Bardzo się wtedy zdenerwowałaś? Rozumiem, że zostaliście sami? Miałaś wątpliwość odnośnie tego czy chcesz iść z tą osobą?

Bardzo się zirytowałam. Zostaliśmy sami, nagle zaczął szukać drogi. Gdy to zobaczyłam, to stwierdziłam, że nie idę, bo ten człowiek zagraża mojemu życiu. Byliśmy na 8000 m n.p.m., była noc, kiepska widoczność, więc nie mogłam sobie pozwolić na takie ryzyko.

Szerpa  wiedział, że nie ma doświadczenia, dlaczego więc nie wyruszył razem z resztą grupy?

Był kompletnie nieobyty. Nie wiedział jak do pewnych rzeczy się zabrać, kiedy się do czegoś przygotować… Był bardzo powolny i musiałam sama mu dużo rzeczy mówić. Zawróciłam do namiotu, byłam totalnie wkurzona, bezsilna, chciało mi się płakać. Bardzo chciałam iść, była dobra pogoda, świetnie się czułam. Z tych emocji nie przespałam nocy. Chciałam na drugi dzień zgłosić to agencji, ale wtedy Szczepan Brzeski, który przekonał mnie, żebym odpuściła i zaproponował, że wejdziemy razem z jego szerpą, a jak zejdziemy to wyjaśnię całą sytuację. Wyszliśmy o 20:00, ubrałam się strasznie grubo, miałam na sobie 9 warstw! Przez to szłam dosyć wolno. W związku z tym puściłam przodem Szczepana i jego szerpę. Noc minęła nam bardzo szybko, warunki były sprzyjające, przepuściliśmy z szerpą dwie duże ekipy przed nas i tak staliśmy się ostatnimi, z wszystkich, którzy tej nocy atakowali Everest. Plusem tej sytuacji było to, że mogliśmy być również sami na szczycie i nie stać w żadnych kolejkach. Szliśmy naprawdę spokojnym tempem. Nie było niebezpiecznych momentów. Na szczycie zameldowaliśmy się o 10:15, po 14 godzinach od wyjścia. Przed samym wierzchołkiem ponownie spotkałam Szczepana. Na szczycie spędziłam godzinę, co było nierozsądne, ale czułam się bardzo dobrze i naprawdę poczułam to gdzie jestem!

Ile powinno się maksymalnie przebywać na szczycie?

Około 10 minut!

Co czułaś, kiedy zdobyłaś Mount Everest? Co miałaś wtedy głowie? To ile wysiłku musiałaś włożyć w organizację tej wyprawy było warte tego finalnego momentu?

Zdecydowanie tak! Byłam bardzo wzruszona na szczycie. Uczucie było niesamowite, ciężko to opisać, trzeba tam być, żeby to zrozumieć. Na pewno niczego nie żałuję i bardzo cieszę się, że byłam na tej wyprawie i wszystko było tego warte!

Wojciech Czaputa

Udostępnij:


Magdalena GorzkowskaMount Everestwyprawagórysportaktywność

Komentarze

Brak komentarzy...

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

REKLAMA

AKTUALNOŚCI

REKLAMA

KALENDARZ WYDARZEŃ

17
Wtorek
Lipiec 2018
Lipiec
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
252627282930
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
12345
imieniny:
Aleksego, Bogdana, Martyny